Dziennik #22/2026 - spadam

(74)in#polish
Reblog

Embedded Image Źródło: Pixabay


Dobry wieczór.

Piszę tu od pięciu lat, ale chyba jeszcze tak smutnego wpisu w moim wykonaniu nie czytaliście.

Pojawiłam się tutaj pięć lat temu [kalendarzowo, bo miesiącami to trochę mniej] i w sumie spoko. Z paroma osobami się zakumplowałam, jedna z osób pomogła mi wyjść z kryzysu, gdy miałam włamanie na komputer, a potem związane z tym szantaże, z jedną z osób kontakt trwa na messengerze. I tak sobie milczę. 17 dni temu zawalił mi się świat i tak sobie zamilkłam pojawiając się raz na jakiś czas aż tydzień temu tak mnie złamało, że zamilkłam całkiem. I ta jedna kochana dusza, z którą tak sobie trwamy w braterstwie smutnych dusz napisała do mnie na messengerze co się dzieje. I odpowiedź była tylko jedna, że tak źle to jeszcze nigdy w moim życiu nie było. Nigdy.

A pamiętacie jak mówiłam to o 2025? Że ten rok mnie tak dojebał, że już gorzej nie będzie. Hahaha, no debil naiwny. I nie wiem czy prawdziwsze są łzy, które mi właśnie płyną czy uczucie bycia martwym w środku.

Parę tygodni temu kompletnie rozbujałam się jeśli chodzi o moją przewspaniałą chorobę afektywną dwubiegunową. W skrócie był niezły rozpierdol. Mam dwubiegunówkę 2 typu czyli majta mnie między głęboką depresją, a hipomanią [troszkę łagodniejsza mania], ale rozpierdol zaczął się NIEZIEMSKI. Depresje były krótkie, max 2 - 3 dni, ale były tak głębokie, że nawet wróciłam do samookaleczania się. Ale jak pierdolnęła hipomania.. Pierwszy raz w życiu nie miałam kompletnie świadomości hipomanii, bo na ogół mam. Dość ograniczoną w tym sensie, że czuję, mam jakieś niejasne poczucie, że źle się dzieje, nie umiem nic z tym zrobić i robię rozpierdol, ale mam jakieś takie szczątki świadomości. A tu była jazda bez trzymanki. Rozpierdol tak zwany bym powiedziała. W pracy mnie kochali, bo pracowałam na 300% normy. Mój szef jakby mógł to by mi pomnik postawił przed wejściem do firmy, bo rozwiązałam każdy jego problem, z którym się borykał od września. Pozdrawiam, Paula z hipomanią. O negatywnych skutkach nawet nie chce mi się pisać. Najboleśniejsze było dla mnie usłyszeć, że najdelikatniej mówiąc nie byłam dobra dla mojej najlepszej przyjaciółki. Delikatnie mówiąc..

No i po hipomanii jest zawsze jedno: depresja. Im silniejsza hipomania / mania tym silniejsze jest przyjebanie ryjem w ziemię jak się ona skończy. I zajebałam ryjem w ziemię. Strasznie. Chyba jak nigdy w życiu. Stan depresyjny sam w sobie jest ciężki, ale jak się w niego spada z takiego totalnego haju to ja pierdolę.. Coś jakby w trakcie orgazmu ktoś zaczął Cię skalpować i jednocześnie posypywać solą. Serio. No więc sobie wpadłam w tę depresję, ale come on, co to dla mnie. Tylko, że zanim zdążyłam zareagować, a w sumie zanim w ogóle zechciałam zareagować to zmarł mój ukochany ziomek. I świat mi się rozsypał jak nigdy.

Marcin zmarł w piątek, a ja w sobotę musiałam być w pracy, więc co zrobiłam? Naćpałam się kokainy, bo ni chuja inaczej bym tego nie przetrwała. Więc sobie do depresji wywołanej chorobą + do depresji wywołanej czynnikiem zewnętrznym dorzuciłam sobie złamanie abstynencji, a dla kronikarskiej ścisłości trzeba dodać, że w grudniu zostało mi zapowiedziane, że jeśli będę zażywać to odejdzie ode mnie najlepsza i najukochańsza przyjaciółka. Więc klękłam i się już nie podniosłam.

Potem wpadł jakiś tam alkohol, potem były wyprawy do kasyna. Nie wpadłam w cug, chemicznie nie odurzałam się do stanów do jakich odurzam się zazwyczaj, ale to nie zmienia nic - abstynencję złamałam kilkukrotnie. Pogrzeb Marcina mnie załamał. O przyczynach pisałam już. Po prostu nie mogę się pogodzić, że w grudniu prawie razem przedawkowaliśmy i nie zrobiłam nic, żeby go ratować. No mniejsza. Wróciłam do domu i mnie emocje niszczyły chwila po chwili. Bardzo złe rzeczy się ze mną działy i zrobiłam jedną z lepszych sztuczek jakie robi mój mózg kiedy już jest katastrofalnie: postanowiłam poradzić sobie ze wszystkim sama albo nie poradzić sobie wcale.

Jakoś tam sobie trwałam, rozmawiałam z ludźmi nawet udając dobry humor i tyle. W środę poszłam do pracy, w czwartek miałam urlop. Co robiłam w czwartek nie chcę mówić, przemilczmy to. W każdym razie zadzwoniła babcia, że dziadka karetka zabrała do szpitala w powiedzmy najdelikatniej niezbyt ciekawym stanie. I to był 29 stycznia, a mi świat w tym roku runął po raz drugi, bo to najważniejszy mężczyzna mojego życia. Nie mam dobrych relacji z moją rodziną i nawet nie chcę mieć, ale babcię i dziadka kocham jak nikogo innego i są dla mnie najważniejsi.

Było mega źle i ja tego kompletnie nie dźwignęłam. No i znowu to samo: narkotyki, alkohol, kasyno. W pracy dostałam urlop, żeby zaopiekować się babcią, która była rozsypana bardziej ode mnie, bo wiecie, ja zawsze jestem ta silna, hehe. Mój świat umierał i umiera nadal z każdą minutą. W czwartek 3h wymiotowałam. W piątek jakieś 4h. W sobotę około 2h. A to i tak było nic w porównaniu z tym co się działo z moją psychiką i emocjami. A i tak to było nic part 2 w porównaniu z tym co się działo z pozostałymi moimi dolegliwościami fizycznymi, bo najdelikatniej ujmując nie do końca mam się dobrze zdrowotnie. Czy może być lepiej? W sobotę jak byłam w pracy miałam tak silne bóle, że nie udało mi się ich ukryć przed pracownikami i wyszło bardzo słabo.

Mam dość. Mam po prostu dość. Mi się już nawet płakać nie chce. Mam w sobie totalną niechęć do życia. Dostałam dzisiaj milion pochwał w pracy i sram na nie mimo tego, że praca zawsze była dla mnie motorem napędowym. Osoba, z którą chciałabym porozmawiać jest jednocześnie osobą, z którą nie chcę rozmawiać, bo wiem, że jak się dowie, że złamałam abstynencję i to nawet na behawioralnym froncie to mnie zostawi, bo warunkiem naszej relacji była trzeźwość. Mam poważne wątpliwości czy się podniosę z tego co się aktualnie dzieje.

Nic sobie nie zrobię, bo aktualnie zapierdalam, żeby zapewnić odpowiednią opiekę dziadkowi i babci, bo ona też jest w tym wszystkim ważna, ale co będzie dalej.. Chuj wie. Nigdy tak bardzo nie walił mi się na ryj świat. Nigdy. W miesiąc stracić bliskiego ziomka, najlepszą przyjaciółkę i być blisko utraty kochanego dziadka to chyba tylko reżyser mojego życia mógł wymyślić. Kurwa.

Za parę dni wrócę. Czy coś.

·in#polish·by
(74)
$2.68
||