Uważam, że Polska ma bardzo dobry system polityczny - oczywiście uwzględniając to, że demokracja zawsze jest problematyczna. Chodzi mi o to, że nie zgadzam się z licznymi głosami - również płynącymi z Konfederacji - że jako Polska musimy się zdecydować i pójść albo w system prezydencki (jak USA czy Francja), gdzie silny, dominujący mandat ma prezydent, albo w system kanclerski (jak w Niemczech), gdzie to szef rządu o wszystkim decyduje, a prezydent ma jedynie funkcje reprezentacyjne. Wielu twierdzi, że klincz pomiędzy prezydentem, a rządem jest czymś co do zasady złym. Że być może jest ok na chwilę obecną, bo akurat rząd Donalda Tuska jest szkodliwy i już lepiej go blokować, niż dać mu działać, ale docelowo tak nie powinno być.
Otóż właśnie tak powinno być! Przywołam tutaj pewien precedens. Otóż 15 stycznia 2021 roku, premier Królestwa Niderlandów, Mark Rutte podał swój rząd do dymisji. Przez rok, aż do 10 stycznia 2022 roku, nie było koalicji zdolnej do utworzenia nowego rządu i Niderlandy pozostawały bezrządne. Ten rok, AD 2021, charakteryzował się rekordowo dobrymi wskaźnikami ekonomicznymi dla Niderlandów (niezły wzrost PKB, niska inflacja, najmniej bankructw od ponad pół wieku, rekordowy indeks spółek giełdowych). Ponowny kryzys rządowy miał tam miejsce między połową roku 2024 a połową 2025. Również z bardzo dobrymi skutkami gospodarczymi. To nie jest przypadek. Najlepszym rządem jest brak rządu!
Oczywiście nie może być anarchii - policja musi łapać złodziei, morderców i oszustów, sądy muszą rozstrzygać różne spory, a wojsko bronić granic. Ale wcale nie potrzebujemy bandy polityków i 90% urzędników (przypominam, że pod koniec PRL mieliśmy nieco ponad 100 tys. urzędników, a dzisiaj ponad 400 tys.). W Niderlandach, w 2021 roku policja nadal łapała złodziei, sądy wydawały wyroki, a strażacy gasili pożary. Zwłaszcza szkodliwi są politycy - rząd, który zajmuje się ciągłym ustanawianiem nowych przepisów, które - z bardzo nielicznymi wyjątkami - wcale nie są potrzebne. 99% nowych przepisów to albo wynik lobbingu, gdzie niektóre firmy wręczają politykom łapówki w tej czy innej formie, żeby osłabić konkurencję (ze szkodą dla wszystkich), albo chęć wykazania się polityków przed wyborcami - głupie prawa, pisane pod publiczkę, pod jej emocje i stereotypy, żeby uzasadnić jakoś swoją bezproduktywną egzystencję w warunkach demokracji, zaspokoić próżność, albo dać wyraz swoim irracjonalnym poglądom, sprzecznym z rzeczywistością. Plus oczywiście ustawy zwiększające zakres władzy lub bezkarność polityków i urzędników.
Jest prawdą, że rząd rządowi nie jest równy - jeden będzie szkodził bardziej, drugi mniej. Ale nawet poczciwa, wolnorynkowa i patriotyczna partia (taka jak nieszczęsna "Partia Tysiąca Nazw" na rzecz której wciąż staram się działać) w warunkach demokracji będzie musiała się ugiąć i zacząć choć trochę szkodzić, bo lud tego będzie oczekiwał. ŻEBY COŚ ROBILI. CO ONI DAJOM, CO ONI ZROBILI. Lud myśli, że rozwój gospodarki wynika z działań rządu i oczekuje tych działań.
A my jesteśmy teraz w idealnej sytuacji. Mamy wreszcie prezydenta, który ma dość jaj, by się regularnie stawiać rządowi i wetować mu dużo ustaw. I tak za mało moim zdaniem, ale zdecydowanie więcej od swojego poprzednika - Andrzeja Dudy. Lobbing za niemieckie pieniążki już nie przechodzi. I z tych setek ustaw pisanych pod publiczkę, komplikujących przepisy, wchodzą tylko niektóre.
Ale mamy więcej. Mamy Glapę. Wspaniały Glapiński, aż mam ochotę ucałować Glapę w glacę. Tego samego Glapińskiego, który mnie doprowadzał do złości, komucha z nadania leśnego dziadka Kaczyńskiego, wierzącego w marksistowskie i socjalistyczne bzdury pseudoekonomiczne. Zaszkodził nam Glapa mocno kilka lat temu utrzymując zaniżone stopy procentowe, gdy trzeba je było podnosić. Jego prognozy inflacji najpierw wyśmiewałem ja (jak każdy, kto ma podstawowe i zarazem niemarksistowskie pojęcie o ekonomii), a potem brutalnie weryfikowała je rzeczywistość. A teraz Glapiński wychodzi na konferencję prasową, żartuje sobie, rzuca bon moty, ale obniżać stopy? "No nie wiem", "poczekajmy na dane", "nie spieszmy się", "może w marcu, ale może nie", "A jeśli w ogóle, to o 25 punktów a nie 50".
Wcześniej był pierwszy do obniżania i ostatni do podnoszenia. Skąd ta zmiana? Otóż akurat tyle, to on z ekonomii rozumie, że wie, że niskie stopy to prezent dla rządu. A on nie jest od "tych", tylko od "onych". Jakby były niskie stópki, to by ludzie Tuska nie musieli trzymać wydatków w ryzach, pozapożyczaliby się na tani kredyt, rzucili jakąś kiełbasę wyborczą publice i by na tym zyskali w sondażach. Z drugiej strony - ale to Glapę interesuje już mniej - wysokie stopy powodują, że kapitał napływa do Polski. A jak jest kapitał to i inwestycje są i gospodarka się rozwija. A i zwykłym ludziom się bardziej kalkuluje pieniądze dać na lokatę zamiast wydać na głupoty. Krótkoterminowo to może w niektórych wskaźnikach gospodarczych wyglądać źle (olaboga konsumpcja spada, kryzys!). Ale te pieniądze procentują i idą na sensowniejsze rzeczy. W dłuższym terminie jest to korzystniejsze dla wszystkich. Dla wszystkich oprócz rządu.
Więc tak: jesteśmy w bardzo dobrym położeniu. Raz dzięki prezydentowi blokującemu rząd, a dwa dzięki Radzie Polityki Pieniężnej (de facto pod pełną kontrolą Glapińskiego), która też w swoim zakresie blokuje rząd. I ja bym tego nie zmieniał.


